mnie i przeminął na wiele lat przed moim wejściem na scenę. To nie„tamten" człowiek, o którym marzę. Służył mi początkowo jako kompas, lecz gdy już poznałem każdy cal równiny, kompas przestał być potrzebny. To ona — tamtą epoka, meta moich ucieczek w przeszłość, która nocą jest moją teraźniejszością.Niemożność zespolenia się z nią na jawie będzie mnie zadręczać do śmierci.Potrzebowałem tego innego świata, który przez krew i marzenia był moim światem,nie skrępowanym sznurami telefonów, takiej enklawy pięknej, bo dalekiej, z czasu, w którym prawdy były prostsze, a motywy jaśniejsze, azylu, w którym wyzwolą się we mnie romantyczne atawizmy.
Waldemar Łysiak
Lennie usiadł i opuścił głowę.
- Nie wiem, gdzie można dostać inną mysz. Pamiętam panią, która mi je dawała, wszystkie, jakie miała. Ale tu nie ma tej pani.
- Pani, hę? – odezwał się z drwiną George. – Nawet nie pamiętasz, kim była ta pani. To twoja ciotka Klara. I przestała ci je dawać, bo zawsze je dusiłeś.
Lennie spojrzał na niego ze smutkiem.
- Były takie małe – usprawiedliwiał się. – Głaskałem je, a one gryzły mnie w palce, więc trochę ściskałem ich główki, a one zaraz zdychały. Takie były małe. Chciałbym, żebyśmy mieli króliki, George. One nie są takie małe.
John Steinbeck
Ricardo Viñes należał do przyjaciół mego męża. Zauważył mnie w Paryżu, bo przez matkę nosiłam nazwisko jego przyjaciela, markiza de Sandoval, a dla Viñesa Sandoval łączył w sobie ocean, burzę, swobodne życie i wspomnienie wielkich konkwistadorów. Paryżanki uwielbiały Viñesa, ale to był asceta i romans miał tylko z muzyką...
Pewnego razu usłyszeliśmy, jak Rita mówi mu ochryple do ucha:
- Czy to prawda, że należy pan do tajnego i bardzo surowego zakonu, jeszcze potężniejszego od jezuitów, do rodzaju sekty, w której wolno być tylko artystą?
- Oczywiście, i opowiadano też pani z pewnością, że w nocy, podczas pełni księżyca, ucinamy sobie połowę wąsów, która natychmiast odrasta?
Consuelo de Saint-Exupéry
Waldemar Łysiak
Lennie usiadł i opuścił głowę.
- Nie wiem, gdzie można dostać inną mysz. Pamiętam panią, która mi je dawała, wszystkie, jakie miała. Ale tu nie ma tej pani.
- Pani, hę? – odezwał się z drwiną George. – Nawet nie pamiętasz, kim była ta pani. To twoja ciotka Klara. I przestała ci je dawać, bo zawsze je dusiłeś.
Lennie spojrzał na niego ze smutkiem.
- Były takie małe – usprawiedliwiał się. – Głaskałem je, a one gryzły mnie w palce, więc trochę ściskałem ich główki, a one zaraz zdychały. Takie były małe. Chciałbym, żebyśmy mieli króliki, George. One nie są takie małe.
John Steinbeck
Ricardo Viñes należał do przyjaciół mego męża. Zauważył mnie w Paryżu, bo przez matkę nosiłam nazwisko jego przyjaciela, markiza de Sandoval, a dla Viñesa Sandoval łączył w sobie ocean, burzę, swobodne życie i wspomnienie wielkich konkwistadorów. Paryżanki uwielbiały Viñesa, ale to był asceta i romans miał tylko z muzyką...
Pewnego razu usłyszeliśmy, jak Rita mówi mu ochryple do ucha:
- Czy to prawda, że należy pan do tajnego i bardzo surowego zakonu, jeszcze potężniejszego od jezuitów, do rodzaju sekty, w której wolno być tylko artystą?
- Oczywiście, i opowiadano też pani z pewnością, że w nocy, podczas pełni księżyca, ucinamy sobie połowę wąsów, która natychmiast odrasta?
Consuelo de Saint-Exupéry