lat. Miała tyle, ile chciałeś, aby miała, tak długo, jak długo potrzebowałeś jej bardziej niż ona ciebie. Była kwintesencją cielesności i zmysłowości, ale Nick podejrzewał, że jej seksualność stanowi przejaw czegoś zupełnie innego.
Stephen King
- Okłamujesz samego siebie! Ta zła rzecz... może i przytrafiła się komuś innemu. Komuś, na kim ci zależało, jak sądzę. Ale to oznacza, że przytrafiła się także i tobie.
- Nie o to chodzi - zaprotestował Kenobi.
- Owszem, o to. Przydarzyło ci się coś strasznego, Ben, i łamie ci to serce. Może to jest powód dla którego tu przybyłeś? A jednak próbujesz żyć jakby nigdy nic, całkiem jakbyś... - Urwała. Kenobi oparł się mocniej o ogrodzenie i spojrzał jej w oczy. - Byłeś tam... - szepnęła ze zgrozą Annileen. - Mam rację? Kiedy to się stało... - dodała bezgłośnie. - Byłeś tam.
Ben przymknął oczy i skinął głową.
- Nie chodzi o to, że to się stało - powiedział, wzdychając ciężko. - Tylko że to ja... ja to zrobiłem.
Myśli Annileen wirowały jak szalone. Nasuwały jej mroczne wizje, których nie chciała oglądać. A Ben - niezależnie od tego, co miał na myśli - zachowywał powagę, więc ona musiała się dostosować.
- A więc... skrzywdziłeś kogoś?
- Ta osoba sama siebie skrzywdziła - wyjaśnił cicho Kenobi. - Zjawiłem się za późno... o wiele zbyt późno. Ale byłem też przy niej, kiedy wszystko się zaczęło. Powinienem był to powstrzymać...
Pokręciła głową.
- Jesteś tylko człowiekiem.
- Powinienem był to powstrzymać! - Poręcz zadrżała pod jego uściskiem. - A jednak zawiodłem! Powinienem był dopilnować, żeby do tego nie doszło... i nie udało mi się. I będę to miał na sumieniu do końca życia.
Annileen rozejrzała się trwożnie. Ogrodzenie drżało pod jego dłońmi tak mocno, że paliki lada chwila mogły wysunąć się z ziemi.
- Ben, nie możesz się obwiniać...
- Nic nie wiesz! - Odwrócił się i złapał ją niespodziewanie za ramiona. - Zawiodłem wszystkich. Czy ty masz w ogóle pojęcie, jak wielu ludzi za to zapłaciło? Czy wiesz, ile istot płaci za to właśnie w tej chwili?
- Znam tylko jedną - powiedziała cicho.
John Jackson Miller
Stephen King
- Okłamujesz samego siebie! Ta zła rzecz... może i przytrafiła się komuś innemu. Komuś, na kim ci zależało, jak sądzę. Ale to oznacza, że przytrafiła się także i tobie.
- Nie o to chodzi - zaprotestował Kenobi.
- Owszem, o to. Przydarzyło ci się coś strasznego, Ben, i łamie ci to serce. Może to jest powód dla którego tu przybyłeś? A jednak próbujesz żyć jakby nigdy nic, całkiem jakbyś... - Urwała. Kenobi oparł się mocniej o ogrodzenie i spojrzał jej w oczy. - Byłeś tam... - szepnęła ze zgrozą Annileen. - Mam rację? Kiedy to się stało... - dodała bezgłośnie. - Byłeś tam.
Ben przymknął oczy i skinął głową.
- Nie chodzi o to, że to się stało - powiedział, wzdychając ciężko. - Tylko że to ja... ja to zrobiłem.
Myśli Annileen wirowały jak szalone. Nasuwały jej mroczne wizje, których nie chciała oglądać. A Ben - niezależnie od tego, co miał na myśli - zachowywał powagę, więc ona musiała się dostosować.
- A więc... skrzywdziłeś kogoś?
- Ta osoba sama siebie skrzywdziła - wyjaśnił cicho Kenobi. - Zjawiłem się za późno... o wiele zbyt późno. Ale byłem też przy niej, kiedy wszystko się zaczęło. Powinienem był to powstrzymać...
Pokręciła głową.
- Jesteś tylko człowiekiem.
- Powinienem był to powstrzymać! - Poręcz zadrżała pod jego uściskiem. - A jednak zawiodłem! Powinienem był dopilnować, żeby do tego nie doszło... i nie udało mi się. I będę to miał na sumieniu do końca życia.
Annileen rozejrzała się trwożnie. Ogrodzenie drżało pod jego dłońmi tak mocno, że paliki lada chwila mogły wysunąć się z ziemi.
- Ben, nie możesz się obwiniać...
- Nic nie wiesz! - Odwrócił się i złapał ją niespodziewanie za ramiona. - Zawiodłem wszystkich. Czy ty masz w ogóle pojęcie, jak wielu ludzi za to zapłaciło? Czy wiesz, ile istot płaci za to właśnie w tej chwili?
- Znam tylko jedną - powiedziała cicho.
John Jackson Miller