zwykłe "mechanizmy obronne, reakcje pozorowane oraz przejawy sublimacji", to jeśli o mnie chodzi, nie byłbym gotów żyć dla samych "mechanizmów obronnych", podobnie jak nie miałbym ochoty umierać za swoją "reakcję pozorowaną".
Viktor E. Frankl
Leżała ona na nich, w nich: ta bezwstydna dzikość. Zdawała się promieniować z ich twarzy, zawieszona bezcieleśnie jak aureola, gdy pochylili się i podnieśli pokrwawionego Hightowera z podłogi, na którą powalił go Christmas, przebiegający sień z uniesionymi, skutymi, uzbrojonymi rękami, pełnymi blasku i migotania, jakby były pęczkiem piorunów, a on mściwym i wściekłym bogiem wieszczącym zagładę.
— W którym pokoju? — powiedział Grimm, potrząsając nim. — W którym pokoju, staruszku?
— Panowie! — powiedział Hightower. A potem powiedział: — Ludzie! Ludzie!
— W którym pokoju, staruszku? — krzyknął Grimm.
Unieśli Hightowera na nogi. W sieni, która wydawała się ciemna po wejściu z blasku słonecznego, on także wydaje się straszliwy ze swą łysą głową i bladą twarzą, oblanymi krwią.
— Ludzie! — zawołał. — Wysłuchajcie mnie. On był tu tej nocy. Był ze mną w noc morderstwa. Przysięgam na Boga...
— Jezusie Chrystusie! — krzyknął Grimm głosem czystym i pełnym oburzenia jak głos młodego kapłana. — Czy każdy klecha i stara panna w Jefferson ściągali gacie przed tym czarnym skurwysynem? — Odepchnął na bok starego człowieka i pobiegł.
William Faulkner
Viktor E. Frankl
Leżała ona na nich, w nich: ta bezwstydna dzikość. Zdawała się promieniować z ich twarzy, zawieszona bezcieleśnie jak aureola, gdy pochylili się i podnieśli pokrwawionego Hightowera z podłogi, na którą powalił go Christmas, przebiegający sień z uniesionymi, skutymi, uzbrojonymi rękami, pełnymi blasku i migotania, jakby były pęczkiem piorunów, a on mściwym i wściekłym bogiem wieszczącym zagładę.
— W którym pokoju? — powiedział Grimm, potrząsając nim. — W którym pokoju, staruszku?
— Panowie! — powiedział Hightower. A potem powiedział: — Ludzie! Ludzie!
— W którym pokoju, staruszku? — krzyknął Grimm.
Unieśli Hightowera na nogi. W sieni, która wydawała się ciemna po wejściu z blasku słonecznego, on także wydaje się straszliwy ze swą łysą głową i bladą twarzą, oblanymi krwią.
— Ludzie! — zawołał. — Wysłuchajcie mnie. On był tu tej nocy. Był ze mną w noc morderstwa. Przysięgam na Boga...
— Jezusie Chrystusie! — krzyknął Grimm głosem czystym i pełnym oburzenia jak głos młodego kapłana. — Czy każdy klecha i stara panna w Jefferson ściągali gacie przed tym czarnym skurwysynem? — Odepchnął na bok starego człowieka i pobiegł.
William Faulkner