więcej, niż może powiedzieć, więcej żąda, niż mu się należy, wymaga od siebie lub chce osiągnąć lub dać więcej, niż może - zajął niewłaściwą pozycję. To samo dotyczy tego, kto siebie nie docenia i umniejsza swoje zasługi.
Alexa Kriele
...W Polsce, w przeciwieństwie do Ameryki, nie było mężów stanu. Tam do polityki szli ludzie, którzy mieli już jakąś pozycję, jakiś majątek. U nas do polityki ciągnęło tych, którzy albo nie nadawali się do żadnej roboty, albo szli się nakraść. Tam polityk cieszył się szacunkiem, a u nas nikt polityków nie szanował. Ale sami zasłużyli sobie na to swoim zachowaniem. Przed wyborami zawsze ich usta były pełne obietnic. Z plakatów patrzyli uśmiechnięci, rzekomo szczerzy ludzie. Według słów ich sztabów wyborczych byli najuczciwsi, jako jedyni zasługujący na wybór, proobywatelscy. W debatach każdy uważał się za zbawiciela ludzkości, znawcę ludzkich problemów. Jak już ich wybierano, to zaczynali doić kraj do cna. Załatwiali swoim kolesiom państwowe fuchy. Na pokaz kłócili się z oponentami politycznymi, a po zgaszeniu kamer chlali wódę w jednym pokoju sejmowym, ruchali te same kurwy i pod stołem załatwiali swoje brudne interesy. Byli gorsi nawet od takich jak my. My nie udawaliśmy kogoś, kim nie jesteśmy. Jak coś nam nie odpowiadało, załatwialiśmy to słowem, pistoletem lub nożem. Sprzątaliśmy gówno, które sprawili politycy. W mojej ocenie byliśmy od nich lepsi również w innej kwestii. My mieliśmy świadomość swojego zła, brutalności, a politycy myśleli, że jak będą się taplać w gównie, to ich ręce pozostaną czyste. Tylko że zawsze zostawało jakieś gówno pod paznokciem...
Piotr Kościelny
Alexa Kriele
...W Polsce, w przeciwieństwie do Ameryki, nie było mężów stanu. Tam do polityki szli ludzie, którzy mieli już jakąś pozycję, jakiś majątek. U nas do polityki ciągnęło tych, którzy albo nie nadawali się do żadnej roboty, albo szli się nakraść. Tam polityk cieszył się szacunkiem, a u nas nikt polityków nie szanował. Ale sami zasłużyli sobie na to swoim zachowaniem. Przed wyborami zawsze ich usta były pełne obietnic. Z plakatów patrzyli uśmiechnięci, rzekomo szczerzy ludzie. Według słów ich sztabów wyborczych byli najuczciwsi, jako jedyni zasługujący na wybór, proobywatelscy. W debatach każdy uważał się za zbawiciela ludzkości, znawcę ludzkich problemów. Jak już ich wybierano, to zaczynali doić kraj do cna. Załatwiali swoim kolesiom państwowe fuchy. Na pokaz kłócili się z oponentami politycznymi, a po zgaszeniu kamer chlali wódę w jednym pokoju sejmowym, ruchali te same kurwy i pod stołem załatwiali swoje brudne interesy. Byli gorsi nawet od takich jak my. My nie udawaliśmy kogoś, kim nie jesteśmy. Jak coś nam nie odpowiadało, załatwialiśmy to słowem, pistoletem lub nożem. Sprzątaliśmy gówno, które sprawili politycy. W mojej ocenie byliśmy od nich lepsi również w innej kwestii. My mieliśmy świadomość swojego zła, brutalności, a politycy myśleli, że jak będą się taplać w gównie, to ich ręce pozostaną czyste. Tylko że zawsze zostawało jakieś gówno pod paznokciem...
Piotr Kościelny