generała Blaskewitza, tak samo Niemcy nadal się ich dopuszczają, czytałem w gazetach o błędzie ortograficznym w Polsce, a potem we Francji i w Belgii, i ciągle te same poważne błędy, które Niemcy popełniają w stosunku do narodów i do ludzi i których już nie mogą nie popełniać.
Bohumil Hrabal
Do pobliskiej Café Mindelo płynie Miss Lizbony, czarna Kabowerdyjka, wysoka i lekka jak orchidea. Z daleka widzę światło jej tlenionych prawie na biało włosów. Chwilę potem odsłonięty wysoko brzuch, twardy jak pień hebanowego drzewa i wiotki jak nadgarstek. Ten brzuch nigdy nie zazna pieroga ni bigosu. Dziewczyna ani drgnie na obcasach jak szczudła. Jest w jej paradzie coś tak bezczelnego, że każdy turysta przy pobliskim stoliku, bez względu na płeć, czuje nieomal fizyczny ból. Miss sunie oklaskiwana przez smagłych cwaniaczków w kawiarni. Nie odpowiada na uśmiech, pewna swojej władczej urody.
Nie wie, że ja wiem. Wiem, ile czasu zajęło jej przygotowanie tej fasady. Ile zadała sobie pytań, ile miała wątpliwości w wyborze każdego detalu. Ile razy rozpaczliwie rezygnowała, bo lustro miało inne zdanie. Wiem, że każdego dnia jej życia będzie już tylko trudniej, aż w pewnej chwili, wcale nie tak odległej, przejdzie ulicą zupełnie niezauważona.
Mój uśmiech dla niej nie jest więc zaproszeniem do alkowy, czego wydaje się pewna. Jest uśmiechem współczucia z samego dna serca, czego dzisiaj jeszcze nie potrafi zrozumieć”.
Marcin Kydryński
Bohumil Hrabal
Do pobliskiej Café Mindelo płynie Miss Lizbony, czarna Kabowerdyjka, wysoka i lekka jak orchidea. Z daleka widzę światło jej tlenionych prawie na biało włosów. Chwilę potem odsłonięty wysoko brzuch, twardy jak pień hebanowego drzewa i wiotki jak nadgarstek. Ten brzuch nigdy nie zazna pieroga ni bigosu. Dziewczyna ani drgnie na obcasach jak szczudła. Jest w jej paradzie coś tak bezczelnego, że każdy turysta przy pobliskim stoliku, bez względu na płeć, czuje nieomal fizyczny ból. Miss sunie oklaskiwana przez smagłych cwaniaczków w kawiarni. Nie odpowiada na uśmiech, pewna swojej władczej urody.
Nie wie, że ja wiem. Wiem, ile czasu zajęło jej przygotowanie tej fasady. Ile zadała sobie pytań, ile miała wątpliwości w wyborze każdego detalu. Ile razy rozpaczliwie rezygnowała, bo lustro miało inne zdanie. Wiem, że każdego dnia jej życia będzie już tylko trudniej, aż w pewnej chwili, wcale nie tak odległej, przejdzie ulicą zupełnie niezauważona.
Mój uśmiech dla niej nie jest więc zaproszeniem do alkowy, czego wydaje się pewna. Jest uśmiechem współczucia z samego dna serca, czego dzisiaj jeszcze nie potrafi zrozumieć”.
Marcin Kydryński