latawiec, okrążając świat coraz wyżej i wyżej, aż zmarła z głodu i odwodnienia i odtąd zaczęła ważyć coraz mniej i z czasem stała się drobnym szkieletem szybującym na prądach strumieniowych naszej planety. Swego rodzaju Latający Holender.
Iain Menzies Banks
Prawie w samo południe rosły ekskomandos z widoczną nadwagą, w kurtce koloru maskującej zieleni, stał na linii kas elitarnych delikatesów. Czekał na mnie – kandydata do pracy w sklepowej ochronie, który odpowiedział na jego prasowy anons. Jako koordynator w agencji ochrony były komandos nadzorował detektywów w kilku sklepach, ale większość czasu spędzał w delikatesach, wspierając tutejszą ekipę. Do samoobsługowego sklepu ciągnęło bowiem wielu złodziei, przeważnie
po kawę i wędzonego łososia.
Kiedy wyłoniłem się zza zakrętu handlowego pasażu – metr osiemdziesiąt sześć wzrostu, lat czterdzieści cztery, niewyglądający na twardziela – i ruszyłem wzdłuż kas, rozpoznaliśmy się z koordynatorem po krótkiej wymianie badawczych spojrzeń. Na powitanie wyciągnął wielką dłoń.
– Dzień dobry – powiedziałem, może zbyt uprzejmym tonem.
– Czy pracował pan już w ochronie?
– Nie.
– A może posiada pan jakieś przydatne umiejętności?
Nie miałem pojęcia, o co może mu chodzić. Wolałem jednak nie udzielać drugiej negatywnej odpowiedzi.
– Mogę porozumieć się w trzech językach… – zaryzykowałem po szybkim namyśle. Uznałem, że lepiej przemilczeć wykształcenie, z powodu którego godzinę wcześniej odmówiono mi posady stróża na budowie.
Koordynator przez chwilę przyglądał mi się uważnie.
– Ma pan problemy z alkoholem?
– Nie – uśmiechnąłem się.
– Dziś był już taki jeden, który twierdził, że nie pije, a jechało od niego… – mój rozmówca nie krył rozbawienia.
Po ustaleniu, że nie byłem karany i nie toczy się przeciwko mnie żadne śledztwo, koordynator przeszedł do kwestii organizacyjnych. Najpierw wyjaśnił krótko:
– To odzieżówka.
Odzieżówka…? Zabrzmiało to tak pospolicie, że poczułem rozczarowanie. Zasugerowany miejscem spotkania, przypuszczałem, że będę strzegł raczej burgundzkich win, toskańskich wędlin i szkockich kruchych ciasteczek.
Jarosław Butkiewicz
Iain Menzies Banks
Prawie w samo południe rosły ekskomandos z widoczną nadwagą, w kurtce koloru maskującej zieleni, stał na linii kas elitarnych delikatesów. Czekał na mnie – kandydata do pracy w sklepowej ochronie, który odpowiedział na jego prasowy anons. Jako koordynator w agencji ochrony były komandos nadzorował detektywów w kilku sklepach, ale większość czasu spędzał w delikatesach, wspierając tutejszą ekipę. Do samoobsługowego sklepu ciągnęło bowiem wielu złodziei, przeważnie
po kawę i wędzonego łososia.
Kiedy wyłoniłem się zza zakrętu handlowego pasażu – metr osiemdziesiąt sześć wzrostu, lat czterdzieści cztery, niewyglądający na twardziela – i ruszyłem wzdłuż kas, rozpoznaliśmy się z koordynatorem po krótkiej wymianie badawczych spojrzeń. Na powitanie wyciągnął wielką dłoń.
– Dzień dobry – powiedziałem, może zbyt uprzejmym tonem.
– Czy pracował pan już w ochronie?
– Nie.
– A może posiada pan jakieś przydatne umiejętności?
Nie miałem pojęcia, o co może mu chodzić. Wolałem jednak nie udzielać drugiej negatywnej odpowiedzi.
– Mogę porozumieć się w trzech językach… – zaryzykowałem po szybkim namyśle. Uznałem, że lepiej przemilczeć wykształcenie, z powodu którego godzinę wcześniej odmówiono mi posady stróża na budowie.
Koordynator przez chwilę przyglądał mi się uważnie.
– Ma pan problemy z alkoholem?
– Nie – uśmiechnąłem się.
– Dziś był już taki jeden, który twierdził, że nie pije, a jechało od niego… – mój rozmówca nie krył rozbawienia.
Po ustaleniu, że nie byłem karany i nie toczy się przeciwko mnie żadne śledztwo, koordynator przeszedł do kwestii organizacyjnych. Najpierw wyjaśnił krótko:
– To odzieżówka.
Odzieżówka…? Zabrzmiało to tak pospolicie, że poczułem rozczarowanie. Zasugerowany miejscem spotkania, przypuszczałem, że będę strzegł raczej burgundzkich win, toskańskich wędlin i szkockich kruchych ciasteczek.
Jarosław Butkiewicz