te ograne sztuczki. Najpierw wiosna, potem lato, najpierw deszcze, potem śniegi i tak w kółko, nigdy się nie zmienia. Zupełnie jak u kobiety: wszystko można z góry przewidzieć. (...) Każda kobieta jest podobna do Boga. To mnie zawsze odpychało od religii...
Marek Hłasko
(...) nocą w łóżku raptem sobie przypomniałem, że jestem śmiertelny. W moim umyśle zaczynało dziać się wtedy mniej więcej coś takiego, jak w wielkim teatrze, kiedy po nagłym zgaśnięciu świateł w szybkoskrzydłej ciemności ktoś wydaje przenikliwy okrzyk i zaraz dołączają do niego inne głosy, aż zrywa się ślepa nawałnica, w której coraz głośniej huczy grom paniki, póki znienacka znów nie zapalą się światła, po czym aktorzy jakby nigdy nic podejmują przerwany spektakl. Tak właśnie dławiła się przez chwilę moja dusza, gdy leżąc na wznak z szeroko otwartymi oczami, usiłowałem przezwyciężyć strach, zracjonalizować śmierć, pogodzić się z nią na co dzień, nie odwołując się do żadnej wiary ani filozofii. W końcu człowiek mówi sobie, że do śmierci jeszcze daleko i zdąży wszystko przemyśleć, a zarazem wie, że nigdy nie zdobędzie się na te przemyślenia, i znowu w ciemnościach gdzieś z najtańszych rzędów jego prywatnego teatru, w którym ciepłe żywe myślątka o lubych ziemskich błahostkach wpadły w popłoch, rozlega się przeraźliwy wrzask - aby zaraz umilknąć, gdy tylko przewrócimy się na drugi bok i pomyślimy o czymś innym („Zgroza”).
Vladimir Nabokov
Marek Hłasko
(...) nocą w łóżku raptem sobie przypomniałem, że jestem śmiertelny. W moim umyśle zaczynało dziać się wtedy mniej więcej coś takiego, jak w wielkim teatrze, kiedy po nagłym zgaśnięciu świateł w szybkoskrzydłej ciemności ktoś wydaje przenikliwy okrzyk i zaraz dołączają do niego inne głosy, aż zrywa się ślepa nawałnica, w której coraz głośniej huczy grom paniki, póki znienacka znów nie zapalą się światła, po czym aktorzy jakby nigdy nic podejmują przerwany spektakl. Tak właśnie dławiła się przez chwilę moja dusza, gdy leżąc na wznak z szeroko otwartymi oczami, usiłowałem przezwyciężyć strach, zracjonalizować śmierć, pogodzić się z nią na co dzień, nie odwołując się do żadnej wiary ani filozofii. W końcu człowiek mówi sobie, że do śmierci jeszcze daleko i zdąży wszystko przemyśleć, a zarazem wie, że nigdy nie zdobędzie się na te przemyślenia, i znowu w ciemnościach gdzieś z najtańszych rzędów jego prywatnego teatru, w którym ciepłe żywe myślątka o lubych ziemskich błahostkach wpadły w popłoch, rozlega się przeraźliwy wrzask - aby zaraz umilknąć, gdy tylko przewrócimy się na drugi bok i pomyślimy o czymś innym („Zgroza”).
Vladimir Nabokov