potrafią coś zrobić dla słabych. To tak samo, jak mądrym, którym się zdaje, że potrafią nauczyć czegoś głupców. Ale tak nie jest. Bo na końcu zawsze silni idą do diabła przez słabych, a mądrzy wariują przez głupców...
Marek Hłasko
Miała wielkie, migdałowe oczy. W cieniu długich rzęs jarzyły się słońcem szare tęczówki, pełne złotych, roztańczonych plamek. Jasne, grube włosy były spięte w koński ogon. Wyobrażałem sobie, że dotykam leciutko szorstkich włosów, ściągam z nich rogową zapinkę i przeciągam palcami, rzeźbiąc rowki w gęstych pasmach. Twarz była kwadratowa, z mocno zaznaczonym podbródkiem. Biło z niej zdrowie i siła. Jak z młodego, idealnie zdrowego zwierzątka.
Szedłem za nią każdego dnia, gdy wracała ze szkoły. Daleko z tyłu. Ukryty w cieniu drzew i murów. Judejski szczur, przemykający wzdłuż ścian. Kryjący się w mroku. Daleki od rozświetlonej ulicy, do której przynależała Justyna. Książki niosła zwykle w skórzanym tornistrze, związanym paskiem. Nonszalancko przebiegała przez ulicę, ledwie umykając przed trąbiącymi automobilami. Nie mogłem uwierzyć, że zamiatający podwórka ciecie, policjanci z drewnianymi pałkami i zażywni kupcy, tak obojętnie mijają ją. Jakby nie widzieli jej anielskiej urody. Jakby byli ślepi.
Marek Świerczek
Marek Hłasko
Miała wielkie, migdałowe oczy. W cieniu długich rzęs jarzyły się słońcem szare tęczówki, pełne złotych, roztańczonych plamek. Jasne, grube włosy były spięte w koński ogon. Wyobrażałem sobie, że dotykam leciutko szorstkich włosów, ściągam z nich rogową zapinkę i przeciągam palcami, rzeźbiąc rowki w gęstych pasmach. Twarz była kwadratowa, z mocno zaznaczonym podbródkiem. Biło z niej zdrowie i siła. Jak z młodego, idealnie zdrowego zwierzątka.
Szedłem za nią każdego dnia, gdy wracała ze szkoły. Daleko z tyłu. Ukryty w cieniu drzew i murów. Judejski szczur, przemykający wzdłuż ścian. Kryjący się w mroku. Daleki od rozświetlonej ulicy, do której przynależała Justyna. Książki niosła zwykle w skórzanym tornistrze, związanym paskiem. Nonszalancko przebiegała przez ulicę, ledwie umykając przed trąbiącymi automobilami. Nie mogłem uwierzyć, że zamiatający podwórka ciecie, policjanci z drewnianymi pałkami i zażywni kupcy, tak obojętnie mijają ją. Jakby nie widzieli jej anielskiej urody. Jakby byli ślepi.
Marek Świerczek